ROWEREM

Dolinka Będkowska i Kobylańska rowerem – przepis na 1-dniową wycieczkę

Uwierzycie, że niedawno pierwszy raz usłyszałam o Dolinkach Krakowskich? Tak, tak, też mi wstyd. Jakoś nigdy specjalnie nie miałam styczności z Krakowem, a po przeprowadzce do Katowic okazało się, że bliżej mam do Dolinek Karkowskich niż w moje ukochane góry Beskidy.

To było pewnej upalnej soboty, kiedy jak zwykle spontanicznie i jak zwykle późno stwierdziliśmy, że jedziemy gdzieś rowerami. Marzyło mi się bardziej ekstremalne przeżycie niż tylko jazda na rowerze po lesie, parku itp. Pomysł padł na Dolinki Krakowskie. W internecie zdjęcia pokazują asfaltowe drogi, trochę gruntowej nawierzchni, więc może nasze górsko-szosowe rowery dadzą radę. Ryzykujemy i jedziemy na żywioł!

Z Katowic droga zajęła nam godzinę. Spory ruch na trasie, bo pogoda idealna. Obraliśmy kierunek Jerzmanowice -> parking przy Jaskini Nietoperzowej. Stamtąd wyruszyliśmy rowerami w dół asfaltem i przy zmianie nawierzchni odbiliśmy w prawo na szlak niebieski. Na przeciwko za ogrodzeniem ukazały nam się już pierwsze sporych rozmiarów skały i wspinacze, dla których Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie są rajem. Tutaj zaczęła się nasza przygoda. Na początku nierówna nawierzchnia nas nie rozpieszczała, było płasko, lecz błotniście. Jechaliśmy w lesie i chyba nie spodziewaliśmy się tak ciekawej wyprawy rowerowej. Podkreślam, że był to pierwszy raz, a nasze rowery to zwykłe górale, w dodatku mój to składak złożony z wielu górali. Było zabawnie do czasu, gdy jakimś cudem zjechaliśmy w dół i zboczyliśmy najprawdopodobniej ze szlaku. Jechaliśmy w wąwozie jurajskim. Odgłosy dobiegające z różnych stron tworzyły taką specyficzną, tajemniczą atmosferę. Nosiły się w tej naszej dolince Dolinki Będkowskiej, ich intensywność wzmagała naszą wyobraźnię. Woleliśmy zatem wrócić na górę na szlak. Większość ludzi to spacerowicze, rodziny z dziećmi. Szczególnie ujęła mnie dziewczynka na różowym rowerze, która nie bała się błota i ostro gnała do przodu motywowana przez swojego tatę.

Drugie miejsce, które nas zaskoczyło po jakimś czasie jazdy to polanka, która wydawała się tak niewinna i sielska. Nic mylnego, na niej wjechaliśmy w najgorsze bagna całej trasy. Gdyby nie fakt, że tytułowa bohaterka tejże relacji (czyt. ja) ubrała się tak, jak normalnie na każdą wyprawę rowerową: krótkie spodenki, sandały itp. to pewnie przejechalibyśmy przez środek. Czego nie robi się dla adrenaliny… Chociaż pewna para przed nami, o wiele lepiej przygotowana (kaski, długie spodnie, prawdziwe rowery górskie) przejechała przez środek tego grząskiego terenu i niestety kobieta przewróciła się. Nic groźnego, ale jednak trzeba uważać, szczególnie na pierwszy raz. Po 2,5 km trasie leśnej wjechaliśmy na drogę asfaltową i było już tylko z górki. Po drodze przystanek na zobaczenie tzw. Wodospadu Szum na potoku Będkówka i szybko dotarliśmy pod Sokolicę. Podobno gdzieś niedaleko stoi skała o wymownej nazwie „Dupa Słonia”, ale nie dotarliśmy. Nic straconego, jest pretekst, aby pojechać tam jeszcze raz.

Sokolica jest najwyższym ostańcem skalnym Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Mierzy ponad 90 metrów i zawsze oblegana jest przez wspinaczy. Więcej o przyrodzie nieożywionej i atrakcjach Dolinek Krakowskich znajdziecie tutaj https://zpkwm.pl/park/park-krajobrazowy-dolinki-krakowskie/przyroda/. Pod Sokolicą mieści się pole namiotowe, można zaparkować kampera, również tam jest położone gospodarstwo agroturystyczne Brandysówka. Tam też przywitał nas tłum ludzi, ale musieliśmy zrobić sobie przerwę na uzupełnienie kalorii. To miejsce to raj dla dzieci, płynący potok był najbardziej obleganą atrakcją w całym kompleksie. Niesamowite!

Kontynuując naszą wycieczkę rowerową, jechaliśmy już raczej w dół w lesie po drodze asfaltowej. Miało to swoje konsekwencje, gdyż co chwila mijaliśmy samochody jadące do Brandysówki. Zdecydowanie jazda rowerem w błotku bardziej nas satysfakcjonowała. Po lewej stronie minęliśmy 3 stawy, gdzie swój raj mieli amatorzy wędkarstwa. Tam też mieściła się restauracja. My mieliśmy inny plan, który zmieniał się w trakcie, ponieważ dojechaliśmy do rozstaju dróg i przy kapliczce skręciliśmy w lewo do Doliny Kobylańskiej. Tutaj zboczyliśmy z niebieskiego szlaku rowerowego i ulicą Leśną ostro pod górę pedałowaliśmy do głównej. Oczywiście nie ukrywajmy nasza jazda rowerem pod górę była wolniejsza niż chodzenie, a oddech szybszy niż struś pędziwiatr. Nareszcie dobrnęliśmy do głównej i znów skręciliśmy w lewo i niestety znów pod górę. Miałam etap buntu i prowadziłam rower. Teraz już rozumiem i podziwiam rowerzystów szosowych, którzy tak szybko pedałując stoją w miejscu lub nieznacznie poruszają się pod górę do przodu. Już za zakrętem zobaczyłam tablicę „Dolinka Kobylańska” i nagle dostałam powera. Po prawej parking i jazda w dół. Ups…ostro w dół, konary drzew, kamienie, błoto, ślisko i dosyć niebezpiecznie. Spotykając turystów podchodzących do góry naszły nas wątpliwości, jak wrócimy, jeśli jest tu tak duży spadek terenu. Rowery prowadzone na hamulcu ślizgały nam się po tej nawierzchni. Gdy mijaliśmy jakieś małżeństwo zapytałam, czy daleko jeszcze do tej Dolinki, a Pani mierząc mnie z dołu do góry: „Niedaleko, ale w tych sandałkach to będzie ciężko”. Nie wiedziała, że wcześniej moje stopy już przeżyły bliskie spotkanie z grząskim gruntem. Zjeżdżając dalej po błotku z rowerami u boku wyszliśmy w końcu z ciemnego lasu na słońce. To był moment przełomowy. Skręciliśmy w lewo i ujrzeliśmy skały, ludzi, łączkę, namioty, wspinaczy. To była Dolinka Kobylańska ciągnąca się wdłuż potoku Kobylanka.

Tips 4 trip -> na wycieczkę zarezerwujcie sobie 5 godzin, w tym zawarte leżenie na trawce -> rower koniecznie górski -> leginsy i pełne buty, jeśli nie chcecie być ubłoceni

Fajna, przyjemna trasa rowerowa wzdłuż ciekawych form skalnych. Jechaliśmy tak ok. 2,5 km szlakiem żółtym aż dotarliśmy do placu przy Straży Pożarnej w Będkowicach. Tam zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę na pobliskim skwerze. Dobrze, że przy straży jeszcze istnieją takie wynalazki jak sklepy spożywcze. Wrzuciliśmy coś na ząb i w drogę powrotną asfaltem ulicami Browar, Kawiory, Na Dolinkę. Trasa ciągnęła się pod górę, ale przy stosunkowo małym ruchu ulicznym przyjemnie męczyłam się na rowerze. Po ponad 3 km skręciliśmy w ulicę Zachodnią ostro w dół i jak się pewnie domyślacie przejechaliśmy niepozorną odnogę w lewo. Pamiętajcie, jest to pierwsza droga w lewo z ulicy Zachodniej dosyć zarośnięta. Ta ścieżka zrobiła na mnie chyba największe wrażenie, gdyż stamtąd mam najwięcej zdjęć. Ten krajobraz ukazuje jaka Polska jest piękna. Zobaczcie sami poniżej.

Ścieżka wśród żółtych pól rzepaku delikatnie schodziła w dół i doprowadziła nas do Jaskini Łabajowej, skąd startowaliśmy w prawo na naszą trasę rowerową. Prowadząc rowery pod górę byliśmy oczarowani przecudnym polskim krajobrazem wsi. Piękny koniec naszej 1-dniowej spontanicznie wymyślonej wycieczki rowerowej. Było wszystko, od ostrej jazdy po błocie przez nawierzchnię gruntową po wzniesienia asfaltem. Jak na pierwszy raz polecam naszą urozmaiconą trasę, aby poznać wszystkie możliwe rodzaje jazdy na rowerze.

Ps. w sandałach też się da!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.